Ta wyprawa była dla nas przyjemnością
Kiedy z gór zeszliśmy w kwitnące doliny
Parobcy porzucali domy bron i stada
Obroncy zgineli śmiercią bohaterską
Równaliśmy z ziemią winnice i zasiewy
Nasze rece dymiły ludzką krwią i tłuszczem
I z całej krainie nie pozostał po nas
Kamien na kamieniu ani zdrowy człowiek
Widzieliśmy łupów naszych właściciela
Cały w strupach i wrzodach trwał w pogorzelisku
Tuż przed naszym najazdem stracił wszystkie dzieci
W gruzach domu przez piorun zburzonego w nocy
Nie znał chyba ten człowiek łaski swego Boga
Lecz wielbił Go nadal choa nieludzkim głosem
Staliśmy milcząc dobia ktoś go chciał z litości
Ale stracił śmiałośa wobec takiej wiary
"Gdy zgwałcili mi żone - sławie słodycz jej ciała
Braci synów już nie ma - ja wcią? z nimi rozmawiam
Roztrzaskali domostwo - ja kamienie całuje
Zawlekli mnie na śmietnik - w słonce sie wpatruje
Zmiażdżyli mi podbrzusze - miłośa nie da sie zgubia
Wyszarpali mi jezyk - wiec palcami coś mówie
Wykłuli mi źrenice - myśl sie z myślą zaplata
Dzieki Ci Boże stworzyłeś najpiekniejszy ze światów"*
Wódz gotowych na wszystko bitnych górskich plemion
chciałbym bya bogiem takich jak ten człowiek ludzi
Jeden starczył by dźwignąa i utrzymaa w górze
Świat Boga i nicośa przez Niego mu daną
Chociaż zniszczya Go jednym mógł wzruszeniem ramion |x2
"Gdy zgwałcili mi żone - sławie słodycz jej ciała ..."